Ogłoszeń część dalsza.
, wtorek, 24 marca 2009
Po chwili zastanowienia stwierdzam, że na powrót bym nie liczyła.
Przepraszam, wybaczcie i tak dalej.
Jestem tylko
TU i chyba zacznę coś nowego.
0,
skomentuj
.
, poniedziałek, 1 września 2008
Żyję i wrócę. Kiedyś. Obiecuję.
5,
skomentuj
Szósta
, piątek, 28 grudnia 2007
Phineas Black beznamiętnym wzrokiem wpatrywał się w drzewo genealogiczne swojej rodziny. Przychodził tu, kiedy wszystko zdawało się obracać przeciwko niemu, kiedy nie mógł znaleźć odpowiedniego wyjścia z sytuacji. Wpatrywanie się w podobizny swoich przodków było dla niego czymś w rodzaju ulgi. Toujours pur... ale czy w tej rodzinie po za krwią było cokolwiek czystego? Czasami chciał, żeby jego podobizna zniknęła z tego okropnego malunku, ale wiedział, że nie będzie w stanie zrobić nic przeciwko rodzinie. Owszem, nienawidził ich z całego serca, ale w końcu łączyło go z nimi coś więcej niż tylko nazwisko. Krew... w jego żyłach płynęła ta „szlachetna” krew, która miała go czynić lepszym od innych i doskonale wiedział, że nie będzie mógł z żaden sposób tego zmienić. Zazdrościł ciotce Isli, że potrafiła sprzeciwić się wszystkim Blackom i poślubić tego mugola... jakkolwiek on się nazywał. Zdawał sobie sprawę, że w każdej chwili mógł porwać Lys, uciec z nią gdzieś daleko, wziąć ślub i mieć w nosie wolę rodziców... ale nie był w stanie. Dodatkowo Lysandra pewnie za żadne skarby nie zgodziłaby się na to. Zbyt bardzo bała się straty swoich kosztowności i życia w nędzy.
- Phineasie, tu jesteś. – Do pokoju wszedł Arcturus.
Na jego twarzy malował się wyraz triumfu, a w dłoniach ściskał dwie róże: białą i bladoróżową.
- Zastanawiałem się, które róże będą lepsze. Nigdy nie byłem dobry z zielarstwa... zresztą to takie pospolite zajęcie. Lysandra niestety mi nie pomoże, bowiem jest tak przejęta naszym ślubem, że od kilku dni nie wychodzi z pokoju. Pomyślałem, że skoro tak uwielbiałeś te zajęcia, z całą pewnością dokonasz lepszego wyboru.
- I co przez to chcesz osiągnąć, bracie? – zapytał zaciskając dłonie.
Doskonale wiedział. Po raz kolejny chciał wyprowadzić go z równowagi. Zranić tak mocno, jak tylko potrafił.
- Moi?* Chcę wybrać kwiaty na swój ślub.
- Och, tak oczywiście. Przecie mantykora pożerająca swoją ofiarę, chce tylko wyczyścić jej buty, czyż nie?
- Phill, o co ty mię posądzasz? Rodzonego brata? Wszakże nie ja sypiam z twoją narzeczoną, czyż nie?
- Doskonale wiesz, że nie sypiam z Lysandrą.
- Nie byłbym taki pewien. Caeca invidia est**, a kto wie, czy nie byłbyś gotowy zniesławić Lysandry, by dostać to, czego chcesz. W końcu ipsa sua melior fama.***
Phineas poderwał się gwałtownie z krzesła i przyparł brata do ściany.
- Est modus in rebus****. Zapamiętaj sobie to Arc, bo nazbyt często o tym zapominasz. Nigdy nie skrzywdziłbym Lysandry, a ona jest damą i masz cholerne szczęście, że zostanie twoją żoną.
Rzucił Arcturusowi spojrzenie godne rozwścieczonego bazyliszka, po czym opuścił pokój. Najmłodsza latorośl rodziny Blacków usiadła na wcześniej zajmowanym przez Phineasa miejscu. Chciał zemścić się na bracie, a ten sposób był wręcz idealny. Widział, jak z każdym dniem, zbliżającym ich do ślubu powoli gaśnie w nim iskra radości. Ponoć ignis non exstinguitur igne,***** jednak on uważał zupełnie inaczej.
***
Granatowa, jedwabna poduszka przeleciała przez pokój i uderzyła w ścianę, potrącając po drodze błękitny wazon z fiołkami, który jakby w zwolnionym tempie spadł na ziemię i potłukł się na dziesiątki drobnych kawałeczków.
Urzędująca w kuchni skrzatka Klio jęknęła w duszy, słysząc trzaski na górze – w końcu dzisiaj przypadała jej kolej do sprzątania pokoju najmłodszej panienki. Doskonale pamiętała, że ostatni raz w taką furię wpadła, kiedy okazało się, że oblała historię magii... a teraz? Skrzatka zaczęła obawiać się o swoje życie. Panienka Lysandra była zazwyczaj nieobliczalna, a jeśli dodatkowo rozjuszona... Nawet lepiej o tym nie myśleć. Klio wytarła kolejny talerz i odłożyła go na dość duży stosik.
Lys ze złością kopnęła dębową szafę, a kiedy zorientowała się, że jedyną rzeczą, która tym ucierpiała, była jej własna noga, zaczęła przeklinać. Usiadła na łóżku, zdjęła szmaragdowy pantofelek i zaczęła rozmasowywać obolałą stopę. Wszystko musiało się jak zwykle obrócić przeciwko niej.
Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
- Lysiu? – do pokoju weszła jej starsza siostra.
Dlaczego ona się nawet nie musi starać, żeby być damą? pomyślała rozzłoszczona, otaksowując siostrę wzorkiem. Stała wyprostowana w drzwiach, z elegancko splecionymi dłońmi i wzrokiem wbitym w podłogę. Kręcone rude włosy niesfornie wymykały się z jej misternie upiętego koka, po ustach błąkał się uśmiech, a na piegowatej twarzy pąsową czerwienią odznaczały się rumieńce. Zwiewna, prosta brązowa suknia dodawała jej odrobiny powagi i podkreślała jej kobiece kształty. Lysandra od zawsze zazdrościła jej urody i tego, że jednym nieśmiałym spojrzeniem potrafiła zjednać sobie wszystkie serca na sali, nie otwierając nawet ust.
- Nie nazywaj mnie „Lysią”. – burknęła kładąc się na jedwabnej pościeli i chowając twarz w poduszkę. – Poza tym, nie odzywam się do ciebie.
- Lys, mon Dieu!****** Wiesz, że to nie zależy ode mnie.
- Ale to niesprawiedliwe. Jesteś ode mnie starsza. Powinnaś wyjść za mąż, jako pierwsza.
Zacisnęła dłonie na prześcieradle. Tak, to był kolejny pomysł jej ukochanych rodziców – wydajmy najmłodszą córkę, jako pierwszą i pokażmy, że jesteśmy lepsi niż tradycja.
Rosette spuściła wzrok.
- Rodzice chcą cię widzieć. – szepnęła.
- Nigdzie nie idę. – burknęła Lysandra.
***
- Duszyczko moja, twoja matka i ja podjęliśmy decyzję.
Po raz kolejny przeklęła swoją ciekawość, która sprawiła, że zamiast ciągle buntować się przeciwko rodzicom, stała teraz pokornie przed biurkiem ojca i wpatrywała się w nich z uległością.
- Damy ci wybór. – kontynuował pan Yaxley, nie spuszczając wzroku z córki. – Za dwa tygodnie możesz poślubić Arcturusa lub też nie, ale...
- Och, papo! Nawet nie wiesz, jak cię kocham! – pisnęła Lysandra, z radości klaszcząc w dłonie.
Co, jak co, ale takiego obrotu sprawy się nie spodziewała. Myślała raczej, że rzucą na nią imperiusa i zmuszą do poślubienia tego osła. Niewiele myśląc pochyliła się nad biurkiem i rzuciła się ojcu na szyję.
- Lysandro! Jak ty się zachowujesz? Dajże skończyć! – prychnęła Vesta, odciągając córkę od męża. – Kontynuuj, Avedisie.
- Dziękuję, moja droga. Słońce moje – zwrócił się ponownie do Lysandry – możesz sama podjąć decyzję, ale musisz wiedzieć o jednej rzeczy. Jeśli mimo wszystko, postanowisz poślubić Arcturusa, dostaniesz to – wyciągnął z szuflady świstek papieru i podsunął córce - mianowicie pracę w departamencie międzynarodowej współpracy czarodziejów, o jednej czwartej części spadku po mnie i wysokim posagu nie wspominam. Natomiast, jeśli zadecydujesz pójść własną drogą, nie dostaniesz od nas ani knuta...
- Ale za to obietnicę, że pracy nawet w Dziurawym Kotle nie dostaniesz. – wtrąciła się Vesta
- I cóż zrobisz, Lysiu? – do gabinetu wpadła podsłuchująca pod drzwiami Priscilla, śmiejąc się wesoło.
Jednakże Lysandrze w tym momencie wcale nie było do śmiechu...
*franc. „ja?”
**łac. „zazdrość jest ślepa”
***łac. „lepszy od swojej reputacji”
****łac. „wszystko ma swoje granice”.
*****łac. „ognia nie gasi się ogniem”
******franc. „mój Boże”
64,
skomentuj
Piąta
, niedziela, 11 listopada 2007
Kiedy opuściła salon, odetchnęła z ulgą. Po raz kolejny podziękowała Merlinowi za to, że akurat tego wieczoru zostawiła swoją różdżkę w sypialni, bo w przeciwnym razie z całą pewnością przystawiłaby ją Arcturusowi do gardła i wypróbowała na nim jedno z zaklęć torturujących, które poznała wertując stare księgi dziadka.
W chwili obecnej, nienawiść, jaką żywiła do niego, sięgnęła zenitu. Jak on śmiał sugerować, że ona... Zresztą nieważne. Znajdzie Phineasa i wróci tam z podniesioną głową, tak, jakby nic się nie stało.
Wzięła głęboki wdech i ruszyła korytarzem. Kiedy minęła zakręt, śmiechy i rozmowy dobywające się z salonu nagle ucichły, a ją otoczyła przytłaczająca, głucha wręcz złowroga cisza.
- Panienka Lysandra nie powinna się denerwować – rozległ się głos jednego z portretów. – To szkodzi urodzie.
- Aureliuszu, daj mi spokój – warknęła.
- Cóż to za maniery? – oburzyła się Melpomene. – W moich czasach, za obrażanie starszych groziła kara!
- Och, nic dziwnego – prychnęła Lys. – W końcu ciotka umarła przeszło dwieście lat temu.
- Sto dziewięćdziesiąt trzy! – pisnęła, tupiąc nogą w obrębie złoconej ramy. – Wcale nie jestem taka stara, jak ci się wydaje, młoda damo.
Zaśmiała się i ruszyła przed siebie. Nie znosiła tych irytujących obrazów, które przy każdej nadającej się okazji wtykały nos w jej życie. Jakby nie mogli zrozumieć, że swoje już przeżyli!
Przechodziła właśnie koło biblioteki, kiedy ktoś złapał ją za nadgarstek i wciągnął do środka. Pisnęła cicho, a wtedy „napastnik” uciszył ją, składając na jej ustach pocałunek.
- Czyś ty już całkowicie zwariował? Ktoś może nas zobaczyć. – szepnęła, po czym zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła go do siebie.
Uwielbiała tą niepewność, ten strach przed nakryciem zawsze, kiedy byli razem. Tylko te sytuacje nadawały koloru, jej zazwyczaj szarobiałemu życiu, w które aż pękało od natłoku dobrych manier. Wreszcie mogła się uwolnić od niekończących się kazań matki i rychłego ślubu z Arcturusem. Miała to, czego naprawdę chciała, nawet, jeśli trwało to tylko moment.
- Aż tak bardzo cię to martwi? – zapytał, muskając ustami jej szyję. – Chyba nie miałabyś nic przeciwko, gdyby to był mój brat i postanowił zerwać zaręczyny z tobą.
- Ja raczej nie – jęknęła. – Ale mój honor zapewne popełniłby samobójstwo.
***
Arcturus Black uważał się za człowieka szczęśliwego. Doskonale zdawał sobie sprawę, że posiada wszystko, co do owego „szczęścia”, mogłoby mu być potrzebne. Był przystojny i doskonale o tym wiedział, a tęskne spojrzenia dziewcząt tylko utrzymywały go w takim przekonaniu. Fakt, faktem swojemu starszemu bratu – Cygnusowi, pod tym aspektem nawet do pięt nie dorastał, ale w końcu... przewyższenie go pod wszystkimi innymi względami wcale nie było takie trudne. O pieniądze nie musiał się martwić – nie dość, że w dniu ukończenia osiemnastu lat dostał od rodziców kryptę w Banku Gringotta ze sporą ilością galeonów w środku, to po ich śmierci miał otrzymać spadek. Całkiem spory spadek. No i oczywiście, nie można zapomnieć o jeszcze jednej rzeczy. O Lysandrze.
Niebywałą radością napawała go świadomość tego, że rujnuje Phineasowi życie, zabierając mu to, co dla niego najważniejsze. Mógł odwdzięczyć się mu za te wszystkie lata, kiedy rodzice tak nieustannie ich do siebie porównywali. Osobiście, nie mógł już się doczekać dnia ślubu i wyrazu twarzy starszego brata. A Lysandra? Z całą pewnością będzie reprezentacyjną żoną.
- Czyś już wybrał kwiaty na przyjęcie weselne, Arcturusie? – zapytała Vesta, przyjaźnie uśmiechając się do swojego przyszłego zięcia.
- Myślałem, że zajmie się tym moja szanowna narzeczona – odpowiedział natychmiastowo. – Po za tym, nie znam się na roślinach. Nawet nie potrafię ich rozróżnić.
- Na mą córę bym nie liczyła – westchnęła pani Yaxley, po czym zwróciła się do Urszuli. – Chyba same zostaniem zmuszone się tym zająć.
- Coś nas ominęło? – w drzwiach pojawił się Phineas, a tuż za nim stała Lysandra.
Niebezpiecznie zarumieniona Lysandra.
- Czyś już na dobre zadomowił się w sypialni mojej narzeczonej, bracie? – Arcturus posłał parze wrogie spojrzenie.
- Multi multa sciunt, nemo omnia* - Phineas szelmowsko uśmiechnął się.
- Czyli, to prawda co powiadają?
- Fabula non fatum** – burknęła urażona Lys. – Doprawdy Arc, nie powinieneś wierzyć w każde słowo Aristy Rosier. Fama crescit eundo***.
- Lysandro, najdroższa. Czemuż od razu fama?**** Manifesta non egent probatione. *****
Musiała zacisnął dłonie w pięści, by ze złości się na niego nie rzucić i rozszarpać na miliony kawałków. Spojrzała na stojącego obok Philla, który zdecydowanie nie przejmował się tą sytuacją, a wręcz wyglądał na rozbawionego. W owej chwili jego także szczerze nienawidziła.
***
Pan Yaxley uwielbiał swój wazon. Był on dla niego czymś w rodzaju kolejnego cudu świata. Sam fakt, że mimo swojej nienawiści do różnych ozdób i, o zgrozo, bibelotów trzymał go w swoim gabinecie, już o czymś świadczył. Najprawdopodobniej stanowił robotę elfów, choć nie mógł tego uznać za pewne, w końcu kupił go na mugolskim bazarze. Kolorem przypominał zachmurzone niebo, a ręcznie malowane szarą farbą sceny z jego ulubionej bajki o Trzech Braciach nadawały mu swoistego wyglądu. Zdecydowanie mógł powiedzieć, że była to jego ulubiona rzecz w całym domu. Była, ponieważ jeszcze przed chwilą została brutalnie roztrzaskana o ścianę przez jego najmłodszą córkę.
- Nie wyjdę za niego, rozumiecie? Nie wyjdę, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu!
- Lysandro, doprawdy, zachowujesz się jak dziecko– żachnęła się Vesta. – To niezwykle miłosierne ze strony Arcturusa, że mimo tego, co wyprawiasz z jego bratem, postanowił nie zrywać waszych zaręczyn. Priscilla nie miała tyle szczęścia.
- Mam w nosie jego miłosierdzie! – krzyknęła Lysandra, rzucając w podłogę starym zegarem. – Nie wyjdę za niego! Nie, nie i jeszcze raz nie.
- Uspokój się natychmiast i zacznij się zachowywać, jak na damę przystało, moje dziecko – gestem ręki przywołała do siebie skrzata i lekceważąco wskazała na parkiet. – Posłuchaj jak dorosła i rozsądna osoba, co do ciebie mówię. Wyjdziesz za niego, czy ci się to podoba czy nie. A wiesz dlaczego? Boś damą. A damie nie wypada ani zrywać zaręczyn, ani odstawiać takich scen. Arcturus jest wręcz idealną partią – młody, przystojny i z tego co wiem, otrzyma w spadku największą część majątku Blacków. Pomyśl logicznie, co zyskasz, poślubiając Phineasa? Pozwolę sobie przypuszczać, że w ciągu kilku najbliższych lat zostanie wydziedziczony z rodziny. Popatrz tylko, jak on się zachowuje! Zrozum, że nie dość, że sama siebie pozbawisz honoru, to jeszcze będziesz musiała mieszkać w jakiejś stodole, bez grosza przy duszy i na naszą pomoc liczyć mogła nie będziesz.
- Nie poślubię Arcturusa! Nigdy w życiu. Zrobię to, co uważam za słuszne i...
- Póki mieszkasz w tym domu – przerwał jej pan Yaxley. – masz robić to, co my uważamy za słuszne.
- Takim razie nie będę mieszkać w tym domu! Odchodzę! I nie wrócę.
***
Wróciła, jakąś godzinę później, kiedy na dworze rozpadało się, a ona zorientowała się, że nie wzięła ani różdżki, ani parasola. Z obrażeniem wypisanym na twarzy, ignorując wszystkich po drodze ruszyła do swojej sypialni i teatralnie trzasnęła drzwiami.
Vesta Yaxley nieśpiesznie poprawiła koka i spojrzała na męża. Do szału doprowadzało ją to, że Avedis pozostawał niewzruszony na skandaliczne zachowanie swojej najmłodszej latorośli. Nie podobało jej się to, że Lysandra jest jego oczkiem w głowie i gdyby od niego to zależało, ślub byłby dawno odwołany. Całe szczęście, ostatnie słowo należało do niej i cała rodzina ciągle funkcjonowała tak, jak należy.
- Avedisie, tak być nie może! – powiedziała stanowczym tonem.
Mężczyzna odłożył Proroka Codzinnego na dębowe biurko.
- Co więc proponujesz, Ves? – zapytał za wszelką cenę chcąc nie dopuścić do kłótni.
- Do niej nic nie dociera! A co, jeśli odstawi na ślubie jakieś przedstawienie? Doskonale wiesz, jak nisko w świecie czarodziei możemy przez to upaść!
- Może po prostu powinniśmy zmienić taktykę działania? – Avedis z utęsknieniem spojrzał na tytułową stronę gazety.
Ciężko mu było się przyznać, nawet przed samym sobą, że tęskni na czasami, kiedy mógł sobie w spokoju poczytać Proroka, nienarażony na dywersję ze strony żony, lub którejś z córek, a szczególnie tej najmłodszej.
- O czym ty, na nigdy nieczyszczony kociołek Morgany, mówisz?
- Może powinniśmy jej pozwolić podjąć samodzielny wybór.
- Ty już chyba całkowicie oszalałeś! – Vesta podniosła się z miękkiego fotela. – Dać jej wolny wybór! I co jeszcze?! Przecie to pewne, że wybierze Phineasa!
- Nie, jeśli zapewnimy jej coś, o czym od dawna marzyła. Chyba na takie poświecenie możemy się zgodzić, nie sądzisz, Ves?
*łac. „Wielu wie dużo, wszystkiego nie wie nikt”
** łac. „Bajka, nie prawda.
*** łac. „Plotka rośnie rozchodząc się”
**** łac. Plotka.
***** łac. „Oczywiste nie wymaga dowodu”
22,
skomentuj
Czwarta
, niedziela, 21 października 2007
Stare dębowe drzwi bezszelestnie uchyliły się, a w powstałą szparę wsunął się długi, szpiczasty nos, a potem cała głowa skrzata. Wyłupiaste, wodnisto-błękitne oczy zamrugały z wyrazem zdziwienia, połączonym z niepohamowanym strachem.
Kalliope służyła w domu Yaxleyów od urodzenia i doskonale wiedziała, za co musiała się ukarać. A wyproszenie Rosette i Priscilli z pokoju Lysandry, zdecydowanie do takich należało. Po jej twarzy przebiegł grymas boleści, kiedy wyobraziła sobie siebie samą, przyprasowującą sobie palce czarodziejskim żelazkiem. Dwie starsze siostry na pewno by jej odpuściły, ale najmłodsza? Lysandra wpadała w szał, kiedy coś jej się nie podobało lub też, o zgrozo, nie szło po jej myśli.
A przecież Kalliope, opiekowała się panienką, kiedy panienka była mała. Dlaczego panienka jej tak nienawidzi?
- Zazdroszczę ci Lyssie – zaśmiała się Priscilla. – W takiej sukni, to nawet ja bym mogła poślubić Arcturusa.
- Ale ja, za niego nie wyjdę - fuknęła Lys, uderzając dłonią o poduszkę.
- Wyjdziesz, wyjdziesz. Matka nie odpuści. A w szczególności, jak jej powiesz, że masz ochotę na Phineasa.
- Wcale nie mam ochoty na Philla!
- Dama nie powinna kłamać – odezwała się nieśmiało Rosette.
- No właśnie! Myślisz, że nie widziałyśmy was w ogrodzie? Och, Lysandro! Serce moje! – Pri zaczęła naśladować głos Phineasa. – Nie zwracaj uwagi na tego osła, mego brata! Wyjdźże za mnie! Kochajmy się i rozmarzajmy, gołąbeczku mój kochany.
- ZAMILCZ! – krzyknął „gołąbeczek” i rzucił w siostrę poduszką.
- Lys, przyznaj się. I tak wszyscy wiedzą, że stokroć bardziej wolałabyś poślubić Neasa, niż Arcturusa – powiedziała cichutko Rosette, a jej twarz przybrała barwę purpury.
- Stokroć bardziej wolałabym poślubić, jakiegoś mugola bez perspektyw – żachnęła. – Arcturus, c’est un ane bate.*
***
Wielkie okna, przysłonięte pąsowymi kotarami, stopniowo wpuszczały pierwsze promienie słońca, oświetlając pokój Lysandry. Było to pomieszczenie ogromnych rozmiarów, urządzone w stylu „reprezentacyjnym”, z barokowymi elementami. Na podłodze leżał karminowy dywan ze smoczej skóry, kontrastujący z ciemną barwą starego parkietu. Z sufitu zwisał mozolnie rzeźbiony przez gobliny, pozłacany żyrandol z niewypalającymi się świecami. Lysandra uwielbiała kłaść się na posadzce i wpatrywać w to dzieło sztuki, otoczone zdobioną rozetą. Był taki prosty, a za razem wykwintny...
Po prawej stronie od dębowych drzwi, stało ogromnych rozmiarów mahoniowe łóżko, zazwyczaj przykryte czerwoną kapą. Po jego obu stronach znajdowały się dwa, maleńkie stoliczki nocne, na których zazwyczaj znajdowały się książki, czytane przez właścicielkę pomieszczenia.
Po drugiej stronie pokoju, stała sofa, obita czarnym, już odrobinę wyświechtanym materiałem i dwa fotele, w których Lysandra uwielbiała przesiadywać, zatapiając się w ciekawej lekturze.
Vesta Yaxley bez pukania weszła do pokoju i rzuciła pogardliwe spojrzenie śpiącej córce. „
Jak zwykle z otwartymi ustami i różdżką w ręku. pomyślała, zbliżając się do łóżka.
”Dama od siedmiu boleści”
Tego dnia postanowiła wyręczyć skrzaty i obudzić swoją najmłodszą córkę. Najpewniej dlatego, iż w niedługim czasie mieli pojawić się Blackowie, a ona sama nie miała ochoty wysłuchiwać niekończących się narzekań córeczki.
- Lysandro, wstawaj – powiedziała surowym tonem.
- Na rozszalałe hipogryfy, jeszcze chwila! – bąknęła niewyraźnie pod nosem.
- Damie tak nie wypada!
Dziewczyna niepewnie otworzyła jedno oko. Budziła ją matka, a to zazwyczaj nie wróżyło nic dobrego. Nie, cofnij. To wróżyło dwie rzeczy: albo klęskę żywiołową, albo przyjazd Arcturusa, co jak na to nie patrzeć również było nieszczęściem.
Z ociąganiem zwlekła się z łóżka i nawykowo poprawiając koszulę nocną, stanęła przed matką.
- Za godzinę przybędą Blackowie, radziłabym ci się do tego czas przygotować. Arcturus nie będzie zadowolony, widząc swoją przyszłą żonę w takim... stroju – ostatnie słowo wypowiedziała z wykrywalną pogardą.
”Jak ja cię nienawidzę, ty stara, przebrzydła... kwoko!
- Tak jest, matko.
***
Nie chciała tam wchodzić. Oddałaby całą biżuterię, by móc stamtąd uciec, gdziekolwiek indziej.
Nieśmiało wychyliła głowę zza framugę drzwi. W bogato urządzonym salonie siedziała rodzina prawie kompletna rodzina Blacków. Brakowało tylko Syriusza, za który kojarzył się jej li i wyłącznie z mimozą (chyba sam fakt, że jego żona – Hesper z rodu Gamp, rozstawiała go po kątach, wystarczy za uzasadnienie) i, co spowodowało, że poczuła ciężką gulę w żołądku, Phineasa.
Państwo Black siedzieli w swoich odświętnych (najwyraźniej innych nie posiadali) strojach i z gracją sączyli indyjską herbatę. Lysandra bezgłośnie jęknęła na widok Urszuli. Ta kobieta przerażała ją i przyprawiała o dreszcze. A świadomość, że nie długo będzie musiała zwracać się do niej per „matko”, wcale nie podnosiła jej na duchu.
Phineas Nigellus patrzył z wyższością na swoją córkę, Belvinę, która zachłysnęła się herbatą. Bel była dziewczyną wątpliwej urody i manier, a wszystko, co wpadało w jej tłuste palce, od razu się tłukło lub psuło. Tuż obok niej, siedział Cygnus, który ospale kiwał głową i wyglądał, jakby jego jedynym marzeniem było udanie się w objęcia Morfeusza.
On się nigdy nie zmieni.
Arcturus, usadowiony pomiędzy jej rodzicami wyglądał na zniecierpliwionego. Na jego wysokim, bladym czole pojawiła się długa zmarszczka. Kruczoczarne włosy, były elegancko spięte z tyłu głowy, a na przystojnej twarzy widać było jakąś dziwną, majestatyczną nutkę.
- Jest nasza gwiazdka! – zaszczebiotała jej matka, a Lys przeklęła się w duchu, że nigdy nie potrafi stosownie dobrze się ukryć.
Niepewnym krokiem weszła do salonu i nisko dygnęła.
- Lysandro – Arcturus wstał z sofy, podszedł do dziewczyny i nonszalancko ucałował jej dłoń. – Wielka to radość widzieć cię.
- Moja nie mniejsza – Sandra lekceważąco odwróciła głowę.
- Lyssie! Zachowuj się! – syknęła pani Yaxley karcąco.
Posłała swojemu narzeczonemu sztuczny uśmiech. Vesta pokiwała głową z dezaprobatą, po raz kolejny zadając sobie retoryczne pytanie, czy dobrze robi, aż tak nalegając na ten ślub.
- Twój brat, Phineas, nie mógł przyjechać? – zapytała nim zdążyła ugryźć się w język.
- Przecie jest tu – prychnął Black – Poszedł cię poszukać, w końcu tylko on z naszej rodziny wie, gdzie jest twoja sypialnia.
Poczuła, jakby właśnie ją spoliczkował. Wbiła paznokcie w przegub dłoni, by nie zabić swojego narzeczonego. Zacisnęła zęby, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce zawstydzenia.
- Arcturusie, gdzież twe maniery!
- Tylko stwierdzam fakt, nie wiń mnie matko.
- Fakt fałszywy być może – powiedziała drżącym głosem Lysandra. – Pójdę go poszukać.
*franc. To skończony osioł.
~*~
Miałabyś później. Ale zrobiłam sobie wczoraj prezent na urodziny i skończyłam pisać. I jest.
26,
skomentuj
Trzecia
, poniedziałek, 8 października 2007
Wysiadła z powozu nerwowo wygładzając karminową sukienkę. Lysandra nigdy nie czuła się dobrze w nowych rzeczach. Przeszkadzały jej, uwierały ją. Marzyła tylko o tym, by jak najszybciej je z siebie zdjąć. „
Ale przecież damie nie wypada założyć jednej sukienki dwa razy.”
Mimo tego, na jej ustach pojawiał się uśmiech, kiedy tylko skrzaty przynosiły jej nową suknię. Panna Yaxley uwielbiała być w centrum zainteresowania. A szykowny fatałaszek był zdecydowanie najprostszym sposobem, by dostać się na usta innych, nie narażając przy tym swojego honoru.
Oczywiście zawsze można się było ośmieszyć, jak Priscilla, jej starsza siostra. A to wylała komuś poncz wiśniowy na ubrania, a to bezczelnie nadepnęła na nogę panu Malfoyowi, albo, o zgrozo, zaczęła ziewać publicznie nie zasłaniając przy tym ust. Pri, owszem zwracała na siebie uwagę, ale za jaką cenę? Krążyły plotki, które niestety były prawdą, że Asmodeusz Gamp, zerwał z nią zaręczyny i zaczął się zalecać do Rosette. Cóż... gdyby Arcturus postanowił zrobić to samo, z największą radością uścisnęłaby mu w podzięce rękę.
- Ojcze, nie chcę tam iść – powiedziała, podejrzliwie patrząc na rezydencję Blacków.
- Lysandro, nie czas na twoje kaprysy.
- Papo, wiesz, że nie chcę. Mam już dość Arcturusa.
- Słońce moje, nie ode mnie zależy...
- Ojcze, właśnie, że od ciebie. Czemuś odrzucił oświadczyny Phineasa?
- Skąd...
- W końcu, to też Black. Nawet rodzony brat, tego osła...
-
Mon Dieu!* Lysandro, jak ty się wyrażasz?!
- Tak, jak mój narzeczony na to zasługuje.
-
Fin!** - powiedziała pani Yaxley, wysiadając z powozu - Lysandro, damie tak nie wypada!
Vesta, nie zwracając najmniejszej uwagi na córkę, podążyła w kierunku drzwi.
Lys westchnęła i ruszyła za matką. Kiedy tylko stanęła obok niej, wychudzony skrzat domowy wpuścił je do środka. Dziewczyna rozpaczliwie spojrzała na ojca, który kiwnął głową, najwyraźniej z wyrazami współczucia, po czym wszedł do powozu i odjechał. Teraz czuła się, jak rzucona lwom na pożarcie.
***
Unikała swojego narzeczonego, jak tylko mogła. Jak na razie nie było to trudne, ponieważ Arcturus skutecznie zajął się Aristą Rosier, jak to leżało w jego zwyczaju.
Lysandra nawet mimo nienawiści do niego, nolens volens***, musiała przyznać iż jest on bardzo inteligentnym mężczyzną. Z kłopotliwej sytuacji, którą aktualnie stanowiła ona sama ze swoją najbardziej naburmuszoną miną, zawsze potrafił wybrnąć
dyplomatycznie.
Ze złością spojrzała na wysokiego, szczupłego mężczyznę o kruczoczarnych włosach i dość apodyktycznym wyrazie twarzy, który aktualnie obracał w tańcu niziutką blondyneczkę.
I dlaczego on się nie może z nią ożenić?
- Lys, doskonale wiesz, że damie nie wypada sterczeć samotnie w kącie – z ziemi wyrósł Phineas, obrzucając ją jednym z tych swoich pogodnych uśmiechów.
- Nie mam nastroju na twoje żarty, Phill – burknęła pod nosem.
- Doskonale o tym wiem, Lyssie. Wszyscy o tym wiedzą. No spójrz tylko jak ty wyglądasz! Poczciwa matrona, w piątym miesiącu ciąży.
- Wypraszam sobie! Doprawdy, Phineasie, czasami mógłbyś wykazać choć odrobinę dobrego wychowania. Może wtedy mój ojciec nie odrzuciłby twoich zalotów.
Zaśmiał się pogodnie, wbijając spojrzenie w swoją naburmuszoną partnerkę. W jego opinii wyglądała jak zwykle słodko. A przynajmniej tymże epitetem mógł obdarzyć zmarszczkę na jej wysokim czole, pojawiając się ilekroć dziewczyna zaczynała się złościć. Oczywiście nie była to jedyna oznaka, wskazująca na to, że należy barć nogi za pas. Lysandra zaciskała wtedy usta, tak, że tworzyły cieniutką linię, mrużyła oczy i marszczyła nos.
Jak to ktoś, dobitnie z resztą, zauważył panicz Black dysponował niewiarygodną umiejętnością wyprowadzania ludzi z równowagi. Panna Yaxley natomiast, stanowiła doskonały obiekt, do doskonalenia tej cechy.
- Och, mademoiselle! Twój ojciec zarzucił mi o wiele więcej, niż tylko brak wychowania. Czy naprawdę myślisz, że odszedłbym stamtąd z taką pokorą, jeśli nie wysunąłby odpowiednich argumentów, przeciwko mnie?
- O ile mnie pamięć nie myli, zostałeś odprowadzony do drzwi przez skrzaty domowe, uprzednio zostawszy potraktowanym jakąś klątwą.
Przewrócił lekceważąco oczami.
Że też ona musi wszystko pamiętać! pomyślał, uśmiechając się do Lysandry
Kobiety.
- Zatańczysz, Lyssie? – zapytał, słysząc, że zmienia się melodia.
Z kamiennym wyrazem twarzy podała mu rękę i pozwoliła poprowadzić się na parkiet.
- To wcale nie oznacza, że już nie jestem na ciebie zła – burknęła.
- Doskonale wiesz, że chcieć, nie znaczy móc.
- A właśnie, że tak. Zobaczysz – nie poślubię twojego brata. Bo tak właśnie chcę. I ręczę honorem, że tak się nie stanie.
***
Lustro, stojące w sypialni Lysandry zdecydowanie zasługiwało na określenie „wspaniałe” czy „doskonale.” Gładka tafla idealnie odbijała obraz wytwornie urządzonego w odcieniach karminu pokoju. Hebanowe meble zdawały się w jego odbiciu mieć barwę jeszcze bardziej głęboką, niż naturalnie. Złocona rama, z mizernie wyrytymi liśćmi brzozowymi przywoływała wspomnienie lata i zapierała dech w piersiach. Perfekcyjna robota goblinów.
W chwili aktualnej, najmłodsza z sióstr Yaxley szczerze nienawidziła tegoż zwierciadła. Z resztą nienawidziła wszystko, co znajdowało się w miejscu jej niedoli. Z tym piekielnym lustrem i jej matką na czele.
Nie chciała widzieć tej „diabelskiej” sukni ślubnej, która zdawała się być wyjęta z jej sennych marzeń. Delikatna, zwiewna, przywodząca na myśl muśnięcie wiatru. Z wyszywanym perłami gorsetem, nadającym jej kształty przypominające figurę kobiety.
Od środka rozsadzała ją złość, kiedy myślała, że w tym dziele sztuki będzie musiała poślubić Arcturusa.
- Lysandro, nie wierć się – żachnęła pani Yaxley, arystokratycznie upijając łyk czerwonego wina.
Na nic zdały się prośby, groźby i krzyki. Jej matka pozostawała niewzruszona w sprawie ślubu, a Lysandra mogła przysiąc, że nieszczęście córki sprawia jej przyjemność.
Co innego ojciec. Jej kochany, stary papa. On bardzo szybko przejął jej stronę, choć nadal nie wyrażał zgody na małżeństwo z Phineasem, ale przecież nie można chcieć wszystkiego. Przynajmniej nie w takiej chwili.
*franc. Mój boże
** franc. „koniec”
*** łac. „chcąc nie chcąc”
19,
skomentuj
Druga
, czwartek, 13 września 2007
Stała oparta o kamienną ścianę, tępo wpatrując się w odjeżdżający pociąg. To był koniec, miała już nigdy nie wrócić do ciepłych i przytulnych murów Hogwartu, do miejsca, które przez ostatnie siedem lat nazywała domem.
W Yaxley Tower spędzała tylko wakacje i święta. I nie mogła powiedzieć, by żałowała. Odkąd tylko pamiętała, nienawidziła tego miejsca. Wszystko było tam takie chłodne, eleganckie i nienaturalnie czyste. Żadnych zabawek porozrzucanych po kątach, pajęczyn na ścianach czy kurzu na framugach drzwi. W pocie czoła dbały o to skrzaty.
W pokojach panował półmrok, spowodowany ciężkimi, aksamitnymi kotarami, zasłaniającymi ogromne okna. Olbrzymie obrazy przedstawiały zmarłych członków rodziny, wręcz naturalnej wielkości, którzy nienawistnie łypali na gości. Karminowo czerwone dywany tłumiły kroki, sprawiając, iż w posiadłości panowała głucha, wręcz złowroga cisza. Brunetka przymknęła oczy i powróciła wspomnieniami do rodzimego domu, do historii, która całkowicie wstrząsnęła jej życiem zaledwie dwa lata temu.
***
W ogromnym i na pozór opuszczonym ogrodzie należącym do rodziny Black panowała głucha cisza. Chłodny, lipcowy wiatr rozbujał huśtawkę zawieszoną na starej wierzbie. Wszystkie drzewa, krzewy i kwiaty rosnące w tym olbrzymim sadzie wydawały się zapaść w dziwny, nieprzerwany sen.
- Na Brodę Merlina, Lysandro! – głuchą ciszę przerwał krzyk Phineasa Blacka.
- Nie złapiesz mnie, nie złapiesz mnie! – zaśmiała się piętnastolatka, podwijając błękitną sukienkę i biegnąc w kierunku huśtawki.
Phill westchnął ciężko wpatrując się w oddalającą się postać Lys, po czym ruszył w pogoń za nią.
Dziewczyna biegła przed siebie, śmiejąc się na cały głos. Nawet nie zawróciła sobie głowy by spojrzeć do tyłu.
Młody Black tępo wpatrywał się w jej chude nogi, obleczone w białe pończochy. Potrząsnął głową i przyśpieszył, by po chwili przygwoździć dziewczyną do ziemi.
- Nie wypada przygniatać damy! – warknęła Lysandra, mozolnie wygrzebując się spod Blacka.
- A damie nie wypada biegać z podwiniętą spódnicą – młodzieniec wyszczerzył do niej białe zęby.
- Och, zamilcz Phineasie! Po prostu zamilcz! – dziewczyna zerwała się z trawy i dumnym krokiem podeszła do huśtawki.
- A gdzie twoja sławetna znajomość łaciny, Lysandro? – Phill rozłożył się wygodnie na murawie i wbił wzrok w obrażone dziewczę – Gdzież twój ostry język, który tylu już zawstydził? Mów do mnie! Mów do mnie, Lysandro!
- Non compos mentis!**** C’est mon? Tenir ton langue!***** - warknęła, siadając na huśtawkę.
Odgarnęła z czoła włosy, które wypadły spod mozolnie upiętego koka i odbiła się stopami od ziemi.
Chłopak podniósł się z ziemi i podszedł do na powrót rozbawionej brunetki. Silnym ruchem zatrzymał ją i usiadł koło niej. Miała brązowe oczy, kolorem przypominające, dopiero co zerwany z krzaka orzech.
Napotkawszy jego spojrzenie szybko spuściła wzrok. Bo damie tak nie wypadało. Nerwowo zamachała nogami, niczym małe dziecko, czekające na karę od rodzica.
Uśmiechnął się pod nosem i podniósł jej podbródek.
- Spójrz na mnie, Lysandro.
Niepewnie wykonała jego prośbę, czy też polecenie. Wtedy szybko zbliżył swoje usta, do jej ust i delikatnie ją pocałował.
Odskoczyła, jak oparzona, zakrywając dłońmi wargi.
- Non licet! ******
- Non omnia possumus omnes*******- rzekł, zdejmując jej rękę z twarzy
- Nie możesz! Pocałunek obietnicą małżeństwa! Phill nie możesz!
- Wyjdź za mnie, Lysandro. Wyjdź za mnie, choćby jutro!
- Przyrzeczonam Arcturusowi – szepnęła smutno.
- Będę błagał twojego ojca, choćby na kolanach, żeby zmienił zdanie! Lysandro! Czyż mnie nie kochasz?
- Kocham, Phineasie, kocham! Ale wola ojca...
- ...rzeczą świętą. Czyż to nie ciebie nazywają najbardziej rozkapryszoną w Brytanii? I cóż chcesz mi powiedzieć? Że ty, Lysandra Violetta Yaxley boisz się sprzeciwić woli ojca?
- Nie boję. Tylko... damie nie wypada.
- Cóż... jeśli wolisz wyjść za tego osła, mego brata – teatralnie spuścił wzrok – Nie będę stał wam na drodze do szczęścia. Usunę się w cień, zaszyję w rozpadającej się chacie, gdzieś w północnej Szkocji, gdzie nikt mnie nie znajdzie i będę wypłakiwać oczy po stracie ukochanej!
- Zamilcz! Wyjdę za ciebie, choćby dlatego, żeś idiotą – powiedziała, po czym zarzuciła mu dłonie na szyję i pocałowała.
***
- Lysandro! – z zamyślenia wyrwał ją głos matki.
Dziewczyna gwałtownie odwróciła głowę w stronę rodzicielki. W jej stronę dumnie kroczyła kobieta w już dość podeszłym wieku. Niegdyś kruczoczarne włosy, które teraz były gdzieniegdzie maźnięte siwizną spięła w wytworny kok, który nadał jej twarzy odrobinę surowości. Smukłą figurę kobiety opływały jedwabne szaty koloru purpury. Tuż obok Vesty podążał jej mąż, Avedis Yaxley. Był on przysadzistym, dość niskim mężczyzną o lekko przerzedziałej blond czuprynie
Brunetka odetchnęła z ulgą, kiedy ujrzała, iż nie wzięli ze sobą jej dwóch starszych sióstr - Priscilli i Rosette. Chciała odwlec konfrontację z nimi, jak tylko było to możliwe.
- Absit*, jak ty wyglądasz! – żachnęła kobieta patrząc na córkę pogardliwe – Coś ty zrobiła z włosami? Damie nie wypada tak wyglądać! Szczęście, że wzięłam ze sobą Wergiliusza, bo najpewniej ośmieszyłabyś się u Blacków...
- U Blacków?
- Urządzają dziś przyjęcie – mruknął Avedis – Już jesteśmy spóźnieni, więc nie zadawaj pytań i wsiądź do powozu.
- A Priscilla i Rosette? – zapytała na siłę wepchnięta do zdobionego dyliżansu.
- Mon Dieu!** Co w ciebie wstąpiło, Lysandro? Już zapomniałaś, że na święta masz poślubić Arcturusa?
- Cui bono?***- mruknęła pod nosem Lys
- Twoją córeczko.
* łac. „Uchowaj Boże”
** franc. „Mój Boże”
*** łac. „Na czyją korzyść”
**** łac. „Niespełna rozumu”
***** franc. „Mój? Trzymaj język za zębami!”
****** łac. „Nie wolno”
******* łac. „Nie wszyscy możemy wszystko”
~*~
No i mamy część drugą. Jeśli ktoś chce być powiadamiany o nowych notkach, niewch wpiszę się do księgi gości. Dziemkujem za uwagę.
21,
skomentuj
Pierwsza
, sobota, 1 września 2007
- Lysandro, na Brodę Merlina, uspokój się! – żachnęła arystokratycznie Vesta Yaxley.
Z resztą wszystko, co robiła, robiła
arystokratycznie. Jej najmłodsza córka, często powiadała, iż arystokratycznie nawet zakłada buty, nie wspominając już o innych niezbędnych czynnościach życiowych.
Urszula Black z pogardą spojrzała na swojego drugiego syna, który zawzięcie łaskotał sześcioletnią dziewczynkę na sąsiedniej sofie. Chłopiec, wyglądał, jak na trzynastolatka i Blacka przystało. Ubrany w idealnie skrojone szaty od jakiejś znanej francuskiej projektantki, z ciemnobrązowymi włosami, wytwornie związanymi czarną, satynową wstążką z tyłu głowy. Prawie idealnie. Prawie, ponieważ śmiejąca się w niebogłosy, mała Yaxley’ówna rozłożona na jego kolanach psuła cały widok.
- Phineasie, tak nie wypada – mruknęła Urszula, posyłając synowi niezbyt pochlebne spojrzenie.
Chłopiec momentalnie opamiętał się i zdjął sześciolatkę ze swoich kolan. Nie chciał podpaść matce, w szczególności, iż jeszcze nie podpisała jego pozwolenia na sobotnie wizyty w Hogsmeade.
Dziewczynka usiadła na miękkiej skórzanej sofie i skrzyżowała ręce na piersi posyłając Phineasowi spojrzenie, godne rozwścieczonego bazyliszka.
- Asinus asinorum* – warknęła
- Coś ty powiedziała, Lys?
- Żeś osłem, Phill.
- Aurea dicta!** - zaśmiał się Phineas Nigellus Black – Doprawdy, synu, mógłbyś przyłożyć się do transmutacji, a nie udawać osła.
Chłopiec przewrócił czekoladowymi oczami. Mieć za ojca dyrektora Hogwartu, naprawdę nie było łatwo. Szczególnie, że zdążył się już doczekać miana najmniej lubianego zwierzchnika szkoły, a to wcale nie poprawiało jego pozycji wśród innych uczniów.
Phill nie wyróżniał się wśród rówieśników – ot, kolejny chudy chłopiec, zawalający transmutację i nie potrafiący utrzymać się na miotle dłużej niż dwie minuty. Ale miał w sobie coś, co wyróżniało go wśród wypranych z uczuć rówieśników – poczucie humoru. Każdą sprawę obracał w żart, wydając na nią iście Salomonowy wyrok, i to czyniło go królem, nawet, jeśli nie miał by na nazwisko „Black”.
- Osłem powiadasz, Lysandro? O, Damo W Sukni Zielonej, powiedz, czy osioł zrobiłby tak – mówiąc to, zaczął na powrót łaskotać dziewczynkę.
- N... Nie! – wyjąkała pomiędzy kolejnymi falami śmiechu.
- O Damo o Oczach Orzechowych, a zrobiłby tak?
Mała panna Yaxley pisnęła, kiedy Phill porwał ją na ręce.
- Finita est comoedia!*** - Urszula uderzyła dłonią w drogi, mahoniowy stolik – Na Merlina, Phineasie, co cię dziś opętało? Postaw ją na ziemię, i to już!
Chłopak wykonał w milczeniu polecenie matki, jednak widząc smutny wzrok sześciolatki, powiedział:
- Chodź, Lysandro. Nie chcą nas tu.
Dziewczynka ochoczo podała mu swoją drobniutką rączkę. Wyszli z salonu, odprowadzani skruszonym głosem pani Black mówiącym: „Wybacz Vesto, nie mam pojęcia, co się z nim dzieje”
- Kiedyś się z tobą ożenię, Lys – powiedział Phill, kiedy szli w stronę kuchennego wyjścia do ogrodu.
- Ale mama mówi, że ożenię się z Arctursem – mała spuściła wzrok.
- Nie możesz się z nikim ożenić, głuptasie – zaśmiał się brunet, czochrając jej rozpuszczone loki. – Jesteś dziewczyną, a dziewczyny mogą jedynie wyjść za mąż.
- Nie lubię go. Impos animi.****
Usiedli na drewnianej ławeczce, pod sosną, która w ten upalny sierpniowy dzień dawała odrobinę cienia i chłodu. Phineas uwielbiał ogród w rezydencji Blacków. Był taki sztuczny i naturalny zarazem.
„Paradoksalnie” zaśmiał się w duchu. Ale właśnie absurdalność sadu składała się na jego niezwykłość.
- No wiesz, Lysandro? Tak obrażać mojego niedorozwiniętego brata? Wstydź się!
- Ja tylko mówię... – dziewczynka spuściła wzrok, a na jej bladych policzkach wykwitły dwa karminowe rumieńce.
- Obiecuję Lys, że to ja się z tobą ożenię. Ja, ponieważ Arc do ciebie, jak asinus ad lyram.*****
***
Błogą ciszę, panującą w dormitorium dziewcząt z siódmego roku, przerwało gwałtowne chrapnięcie. Lysandra zasnęła z policzkiem opartym o zimną szybę, kiedy po raz ostatni chciała popatrzeć na zamkowe błonia. Rozpadało się na dobre, a deszcz brutalnie burzył gładką taflę jeziora, którą panna Yaxley uwielbiała podziwiać. Nawet pomimo ulewy można było dojrzeć czubki sosen, rosnących w Zakazanym Lesie, które malowały się zieloną smugą na horyzoncie.
Miarowy oddech dziewczyny, utworzył na chłodnej szybie mleczną mgiełkę. Jak zwykle zasnęła z otwartymi ustami.
„Damie tak nie wypada, Lysandro” nieustannie powtarzała jej matka.
„Damie nic nie wypada” nieustannie powtarzała Lys, która zawsze musiała mieć ostatnie słowo. Nawet, jeśli miało one być wypowiedziane wewnątrz jej głowy, i nikt oprócz jej samej nie mógł go usłyszeć.
Jedwabna, błękitna wstążka, podtrzymująca kasztanowe loki dziewczyny, niepostrzeżenie ześlizgnęła się z włosów i bezszelestnie spadła na drewniany parapet. Yaxley niespokojnie przekręciła się na niewygodnym krześle, przypadkowo uderzając kościstym kolanem o kamienną ścianę.
Melania Macmillan, smacznie pochrapująca, na stojącym nieopodal łóżku, lekko rozbudzona hałasem, sennie usiadła i rozejrzała się po ciemnym dormitorium, by po chwili bezwiednie opaść na miękkie poduszki i ponownie oddać się w ramiona Morfeusza.
Lysandra nigdy jej nie lubiła. Z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego, że z tymi swoim blond lokami, rumianą buzią, przenikliwymi, błękitnymi oczami i promiennym uśmiechem, uchodziła za piękność, jaką ona nigdy nie mogła się nazwać. Lys nie znosiła swojego wyglądu. Nie znosiła szopy nieokiełznanych kasztanowych włosów, w których ułożenie musiała wkładać tyle pracy. Nie znosiła swojej papierowo białej cery, na której każdy, choćby najmniejszy rumieniec wydawał się szkarłatną czerwienią. Nie znosiła swojej kościstej figury, bez żadnego zarysowania kobiecych kształtów. Nie znosiła nic, co byłoby w jakimkolwiek stopniu powiązane z nią samą.
Po drugie, dlatego, iż mimo nienawiści, jaką się darzyły, Melania pozostawała aż irytująco przymilna i uprzejma, a ona sama, damą będąc, nie potrafiła.
Porządek w dormitorium krukonek, choć zazwyczaj nienaganny, aktualnie pozostawiał sobie wiele do życzenia. Po podłodze walały się szkole szaty, zaległe wypracowania oraz stare numery Proroka Codziennego. Jeden z nich, z datą wydania 24 maja
anno domini 1896, czyli sprzed miesiąca, był niedbale zgnieciony i wsadzony do drogiego pantofla, wykonanego ze skóry smoka najlepszej jakości.
Powodem owego bałaganu był rychły powrót do domu. Cztery dziewczęta, smacznie śpiące w cieplutkiej pościeli, oraz jedna z głową opartą o szybę, miały nigdy już nie wrócić do tego zamku, pożegnać się z dzieciństwem i wkroczyć w dorosłość. Przyjaźnie nawiązane w szkole, miały stać się dla nich przepustką do sukcesu życiowego – w końcu sytuacja w Ministerstwie była im na rękę. Czarodziejska arystokracja traciła na znaczeniu, a wraz z jej upadkiem zmieniała się pozycja kobiet w czarodziejskim świecie. W tych czasach znalezienie pracy nie stanowiło już dla płci żeńskiej żadnego problemu.
Cztery z pięciu dziewcząt niezmiernie cieszyło się z nadchodzącej wielkimi krokami dorosłości i świetlanej przyszłości. Jedna z nich, oddałaby wszystko – wszystkie tytuły, drogie suknie czy galeony w krypcie – by tylko móc pozostać w zamku do końca życia.
Lysandra zdawała sobie sprawę, że jej życie nie wiele będzie się różnić od tego, wiedzionego przez jej prababki – zostanie zmuszona do małżeństwa z rozsądku, urodzenia syna i godnego reprezentowania rodziny. Zarówno swojej, jak i męża. W końcu była tylko towarem przetargowym, prawda?
O zrobieniu kariery nie było nawet mowy. Co z tego, że od zawsze marzyła o posadzie w departamencie międzynarodowej współpracy czarodziejów, skoro damie nie wypadało pracować?
* łac. „Osioł nad osłami”
** łac. „Złote słowa!”
*** łac. „Komedia skończona”
**** łac. „Słaby na umyśle”
***** łac. „Osioł przy lirze; pasuje jak wół do karety.”
*~*
Ja naprawdę nie wiem, co mnie podkusiło, żeby to opublikować. Leżało to sobie dość długo, w spokojnych zakątków mojego dysku twardego, ze wzglądem tylko dla wtajemniczonych. Przyszedł pierwszy września i mi odbiło. Tak odbiło mi. Brak jakiejkolwiek szaty graficznej, a mnie się uwidziało to publikować. No cóż. Takie życie. Postaram się zrobić coś własnego, jak tylko mój komputer zacznie działać normalnie, a ja będę miała chwilę czasu.
21,
skomentuj
Szablon wykonała
autorka przy pomocy
tej strony, Photoshopa 5 i piosenki "Tendre Rêve". Pattern został już gdzieś w moich szablonach użyty, i nie pamiętam skąd pochodzi. Ustanawiam kategoryczny zakaz ruszania
czegokolwiek, w przecwnym razie...